Dzisiaj dwie kartki powstałe kiedyśtam (czyli przed moimi urodzinami, kiedy jeszcze byłam zdrowa, a nie zasmarkana...) i jedna nowa, poczyniona w celu wypróbowania prezentów ;)
A to moje urodzinkowe prezenty (krewni i znajomi Królika już wiedzą, co sprawia "Kartkówce" najwięcej radości :* )
Nieco pociągająca (kto zna sprawdzoną receptę na pozbycie się kataru? Pisać!) bardzo dziękuję za odwiedziny :*
Z przyjemnością dałam się namówić CYNCE (którą podziwiam zawsze i szczerze) na wymianę tolkienowo- pratchettową. Przyznam się, że było to największe wyzwanie w moim scrapowym życiu i stres ogromny, bo przecież TO MIAŁO TRAFIĆ DO CYNKI!!! Kartkę jakoś "wykulałam" (zdjęcia autorstwa Cynki :*)
Przy zakładce poległam, więc jej tu pokazywać nie będę...
Ja za to stałam się przenajszczęśliwszą posiadaczką Cynkowych cudowności w postaci karteczki w moich najulubieńszych kolorach z cytatem z Hobbita
i cudnej zakładki ze Śmiercią w kuchni :D
Jakby tego było mało zostałam obdarowana niespodziewajką- cynkową absolutnie prześliczną broszką w booskich mrocznych kolorach. Kobieta zna się na rzeczy, powiadam Wam!! Ja to mam szczęście :D
A od ARLI :* dostałam świetne bloczki do stempli, w tym mój wymarzony 20x8 cm! Mój największy stemplowy "bydlaczek" już niedługo będzie użyty :)
Żeby nie było tak kolorowo, to nadal czekam na obiecany prezent urodzinowy, który po 11 dniach w końcu został wysłany z hameryki...Zobaczymy, kiedy dojdzie (trzymać kciuki, żeby obeszło się bez cła i innych nieporozumień).
Dobrej nocy życzy Wam o rok starsza Kachna zwana Kobensem :*
Przyznaję się bez bicia, że mnie też wciągnęło. Poczyniłam trzy (3!!!) kartki, co jest moim absolutnym rekordem życiowym, jeśli chodzi o tempo powstawania :) Dwie następne są w fazie "ciekawe co z tego wyjdzie?"<- jutro dodam fotki. Lifty mają to do siebie, że praktycznie robią się same, a ten jest na to idealnym przykładem. Prosta forma, trochę farby i waaaaarrrrrssstttwwwyyy :D Któż mógłby się oprzeć? Wstawiam w kolejności powstawania i z góry przepraszam za jakość zdjęć...
W dalszym ciągu świąteczne karteluchy wyłażą spod moich paluchów. Choć za oknem leje deszcz, śniegu ani śladu, ja utknęłam w gwiazdkach i aniołach... I to każdym z innej parafii ;)
Za oknem szaro i buro, ale pocieszam się tym, że za niecały miesiąc mam urodzinki i obiecany cuuudny prezent :) Dziękuję za odwiedziny, kimkolwiek jesteś :*
To, że te karteluchy powstały to czysty przypadek. Chciałam wypróbować jedną z technik TH z alkoholami i sprężonym powietrzem, tyle, że tego ostatniego zabrakło, a dokładniej się skończyło :/ Tak więc pozostało mi użyć płuc moich własnych... Efekty prób na papierze fotograficznym doczekały się przyklejenia na bazy i tyle. Na pierwszej dodatkowo parę kwitków, ciut gazy i włala. Na drugiej tylko biały i czarny żelopis :)
Oj, wciagnęło mnie znowu :) Tym razem nie świątecznie, ale nadal trochę zimowo. Strasznie lubię ten odcień fioletu. No dooobra, wszystkie inne też lubię, a nawet uwielbiam! Tylko dlaczego ten jest taki niefotogeniczny?? Wrrr...
Crackle paint w kolorze milled lavender, takiż sam tusz, cztery ćwieki potraktowane papierem ściernym, kwiatki, kawałek firanki, srebrny klej z brokatem, kalka :)
Wszystkie prezentowane prace oraz zdjęcia na tym blogu są mojego autorstwa, jesli jest inaczej wyraźnie to zaznaczam, nie zezwalam na ich kopiowanie i rozpowszechnianie bez mojej zgody.